Wywiady

OCENZUROWANE "WSIECI"

Uwaga! 

Kilka lat temu wybitna dzennikarka, reporterka, Maja Narbut poprosiła mnie o udzielenie wywiadu tygodnikowi „WSieci”,  w którym pracuje. Miałem do niej zaufanie. I udzieliłem wywiadu. Szefowie redakcji – Bóg wie czemu- przerazili się tego wywiadu i nie zaakceptwali do druku. Pani red.  Narbut była bezradna. Przedstawiam tamten wywiad.

 

MOJE DZIECIŃSTWO ZOSTAŁO ZAMORDOWANE

( rozmowa Mai Narbutt z pisarzem,  świadkiem ludobójstwa na Kresach, Stanisławem Srokowskim – po korekcie )

— Należy Pan do tych , co rozpamiętują własne krzywdy, pielęgnują ból i nienawiść do prześladowców . Jątrzą, zamiast  uznać, że była to  wojna domowa. Tak  scharakteryzował ocalałych z rzezi na Kresach Adam Michnik. Co czuje Pan, gdy słyszy te słowa ?

To podłe i haniebne. Wielką krzywdę wyrządza i tak okaleczonym i  cierpiącym ludziom. Rani nas i powoduje jeszcze większe cierpienia. Krętactwa i niegodziwości Michnika znane są od lat. Jego gazeta fabrykuje kłamstwa i upokarza Kresowian. A jest nas i naszych potomków jeszcze ok. 6 milionów. Nie dość, że staliśmy się ofiarami  najokrutniejszej zbrodni w dziejach Rzeczypospolitej, to musimy znosić kolejne ciosy, fałsze, obmowy, obłudę i cyniczną grę tragedią. Nikczemność i podły charakter  nie znają granic. Nikt z nas  nie rozpamiętuje własnych krzywd. Przeciwnie, z pokorą znosimy szykany i agresję. Nie możemy się nawet bronić, bo nie mamy gdzie. Wielkie korporacje medialne w rękach tych, którzy nas krzywdzą i ignorują. Nikt z nas nie pielęgnuje bólu. Przeciwnie, chcielibyśmy, by ten ból nas opuścił. Bo ciężko się z nim żyje. Tłumimy go w sobie. Wielu cierpi w samotności. Wielu wciąż się  boi o tym mówić. Zamykamy się w milczeniu. Przerażenie i strach nocami budzą nas ze snu. Widzimy wydłubane oczy, oderwane języki, odcięte naszym matkom i siostrom  piersi, wyrwane widłami z brzuchów kobiet płody. Z tymi obrazami żyjemy, smutni i przygarbieni. Nie czujemy nienawiści do prześladowców, tylko żal, że spowodowali takie nieszczęścia. Bolejemy, że Ukraińcy zdradzili nas w nocy, osaczyli i wymordowali. I nie my jątrzymy, tylko ci, którzy fałszują historię i oszukują. Nie było żadnej wojny domowej.  Zostaliśmy przez bandy UPA zaskoczeni, napadnięci i w tysiącach wsi wyrżnięci w pień. Oto cała prawda o tamtym czasie. Kto twierdzi inaczej, kłamie.                     

—Próbuje się nadal dokonać  zabiegu socjotechnicznego — narzucić formę narracji o tym, co stało się na Kresach . Zabijali oni, zabijaliśmy my. Jest symetria winy. Ale chyba nadszedł moment, że ta socjotechnika jest nieskuteczna?

Mordercy i ich poplecznicy robią wszystko, by zrzucić z siebie ciężar odpowiedzialności za ludobójstwo. Pragną  zniekształcić i zamazać tragiczną rzeczywistość. Zacierają  ślady zbrodni, narzucają  fałszywy obraz  okrutnych mordów, nazywając je bratobójczymi walkami. A to Ukraińcy są odpowiedzialni za wielkie zbrodnie. To oni utworzyli dwie zbrodnicze formacje, Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (1929) i Ukraińską Powstańczą Armię(1942), które dokonały zagłady polskiej ludności. Jeden z ważniejszych działaczy OUN, Mychajło Kołodzinśkyj, autor „Doktryny wojskowej ukraińskich nacjonalistów” powiadał: „Trzeba krwi – dajmy morze krwi! Trzeba terroru – uczyńmy go piekielnym!… Nie wstydźmy się mordów, grabieży i podpaleń”.  Były więc mordy, grabieże i podpalenia. Fałszywą  tezę, że było inaczej, głosi w historiografii ukraińskiej prof. Wołodymyr Wiatrowycz.  To on mówi o wojnie polsko-ukraińskiej. A za nim powtarzają inni. A przecież nawet ataman „Bulba”-Borowec, który nie kochał Polaków, patrzył z przerażeniem na to, co czyni OUN i przyznał w liście z 25.03.1943 r. do OUN Bandery: …”Wojskowe oddziały OUN, pod marką UPA… zaczęły w haniebny sposób wyniszczać polską ludność cywilną i inne mniejszości etniczne”…   O jakiej więc można tu można  mówić symetrii?  ”. To banderowcy szli z widłami i siekierami na polskie wsie i  krzyczeli: „Bandery duch nas wede” i „Ukraina, ridna maty, budem byty i rizaty”.  

— Jak to się stało, że amputowano nam część pamięci narodowej? Wiedza o potwornej zbrodni dokonanej  na Kresach dopiero niedawno zaczęła docierać do świadomości Polaków. Przez tyle lat to była biała plama.

Komuniści wycinali pamięć z naszej tradycji wolnościowej. Zabraniali mówić o Katyniu, AK,  NSZ,  o żołnierzach wyklętych, Dmowskim, Młodzieży Wszechpolskiej, Obozie Narodowo-Radykalnym, Kresach i ludobójstwie. Bali się wiedzy o wielkiej duchowo Polsce. Nie wolno było słowa pisnąć o ukraińskich mordach, bo tworzyliśmy przyjaźń polsko-radziecką.  A gdy napisałem powieść o wygnaniu Polaków z ziemi ojczystej, „Repatriantów”, ambasador sowiecki, Aristow, zabronił jej publikacji. Ukazała się dopiero w 1988 r. I to okrojona przez cenzurę. Po 1989 r. niewiele się zmieniło. Ugrupowania wywodzące się z okrągłego stołu od razu  ograniczyły dostęp do prawdy. Zrodziła się zgubna poprawność polityczna, która blokuje każdą śmielszą inicjatywę. Zaczęło się nowe pranie mózgów. Znowu nie wolno mówić prawdy o zbrodniach, ponieważ uderza to w przyjaźń polsko-ukraińską. Jedynie dzięki determinacji środowisk kresowych, kilku rzetelnym badaczom naukowym i  kilku  dziennikarzom udało się co nieco odzyskać. Pierwszym wyłomem była praca E. i W. Siemaszków o ludobójstwie na Wołyniu. Potem seria dzieł o Tarnopolu, Lwowie i Stanisławowie. I fala prawdy powoli się podnosiła. Jednak opory władzy i  wielkich mediów nadal pozostały silne. Polski parlament nigdy w pełni nie potępił ludobójstwa na Kresach, podejmując bełkotliwe i kalekie uchwały. Nie możemy doczekać się pomnika ofiar w Warszawie, Muzeum Kresowego, czy choćby Katedry Kresowej. Blokowane są w wielu miejscach konferencje naukowe. Przestraszone bibliotekarki odwołują spotkania autorskie. Na łamach prasy ukazują się kłamliwe artykuły. To woła o pomstę do nieba.           

—Był Pan dzieckiem , kiedy doszło do ludobójstwa na wschodnich województwach RP. To uformowało  Pańską twórczość. Ale chyba także życie. Kiedy rozmawiałam z ludźmi, którzy jako dzieci ocaleli z tamtych rzezi, uderzyło mnie, jak bardzo ta trauma ukształtowała ich cała egzystencję.

Setki tysięcy dzieci zostało zarażonych strachem. Sowieckie wojska zagarnęły 17 września 1939 r. kresowe ziemie. Zaczęły swoje rządy od straszliwego terroru, grabieży, więzień, gwałtów i zsyłek na Syberię. Kościoły zamieniali w magazyny. Z tabernakulum wyrywali naczynia ofiarne, kielichy, kradli szaty liturgiczne. Strzelali do Chrystusa.  W głąb Rosji wywozili nasze dobra narodowe, obrazy, sztućce, rzeźby,  łupili galerie, zamki, pałace i  dworki. Wpadali w nocy i zabierali naszych ojców i braci. Zakładali kołchozy i fałszowali dowody osobiste. A  Ukraińcy entuzjastycznie witali ich kwiatami,  stroili łuki triumfalne i szykowali się do mordowania Polaków. Napadali na polskich żołnierzy, znęcali się nad nimi i zabijali. To wszystko działo się na naszych oczach i  kształtowało nasze życie.  Strach, ból i przerażenie szły z nami spać i z nami się budziły. Moje dzieciństwo zostało zamordowane. Już nigdy nie podniosłem się z tego ciosu. Żywe, pełne radości dziecko zamieniło się w przerażone, skulone zwierzątko, które kryło się przed ludźmi.            

— Jak Pan zapamiętał tamte wydarzenia ? Jak wyglądały z Pańskiej perspektywy?

Ojciec poszedł na wojnę. Zostałem z matką sam. I od razu dotarły do nas wieści, że tuż za miedzą Ukraińcy mordują Polaków. 17 września 39 zaatakowali Sławentyn oraz kilka innych wiosek. Spalili je, a polskich mieszkańców wycięli w pień. To były pierwsze zbrodnie na masową skalę.  W Sławentynie zgładzili 50 osób,  w Litwinowie 40, w Szumlanach 46…. Powiat po powiecie: Brzeżany, Buczacz, Podhajce. Ludobójstwo zaczęło się na Podolu. Utkwiła mi w pamięci scena z nauczycielką z niedalekiej wsi. Była brzemienna. Mordercy nożem rozpruli jej brzuch i wyrwali płód.  Mężczyźnie obcięli język, nos, uszy, palce u rąk i nóg.  A Ukrainiec, który schował Polaka, został zarąbany siekierami. Tak się zaczęło. Gdy ojciec w październiku wrócił z wojny, opowiadał o kilku żołnierzach, z którymi w nocy udał się na spoczynek w stodole.  Gdy zasnęli, napadli ich Ukraińcy i do świtu zdzierali pasami  z pleców skórę, wycinali nożami orły na czole i szydzili, że te orły zaniosą żołnierzy do Polski. Na odchodne powiesili ich i podpalili stodołę. Ojciec się uratował, ponieważ leżał wysoko na stogu słomy. Ukraiński pop w  cerkwi grzmiał, że  Polaków należy wytępić do cna.  Pierwszą ofiarą  u nas był Stasio Rybicki, osiemnastoletni chłopak. Bandyci zaciągnęli go na sznurze przyczepionym do wozu  do lasu. Tej nocy mieszkańcy pobliskiej kolonii słyszeli,  jak ktoś płacze, jęczy, szlocha i skomli jak pies. Nie wiedzieli, że to Rybicki. Dopiero następnego dnia chłopi znaleźli go w stawie z kamieniem przywiązanym do szyi.  Miał wypalone oczy, odcięty język i odrąbane genitalia. Obok pływała cierniowa korona, którą mu nakładali na głowę. A dwa młode grabczaki, do których wcześniej przywiązali go sznurami, były na wysokości ust mocno nadgryzione. W cierpieniu je gryzł. Widziałem później jego ciało. Leżał martwy, bez oczu, języka, pokłuty nożami,  ze spalonymi stopami, bo i ognia mu nie szczędzili.  Od tej pory wciąż ktoś ginął. Odciętą głowę chłopi wyjmowali ze studni,  martwe ciało znajdowali na polu.  W takiej atmosferze dorastałem. Z Wołynia przerażeni ludzie zjawiali się u nas i mówili o piekle, które się tam rozpętało. Najgorszy był strach, który nas osaczał i nigdy nie opuszczał. Trwaliśmy w nim zanurzeni przez sześć długich lat!  W marcu 1944 r. uciekinierzy z Huty Pieniackiej przynieśli obrazy zagłady swojej wsi. Ludzie płonęli w  stodołach, paleni żywcem. Kobiecie, która rodziła przed ołtarzem, bandyta rozgniótł butem  główkę dziecka. 17 sierpnia 1944, mordercy napadli na moją wieś i spalili. Rodzina ocalała  dzięki ukraińskiej sąsiadce, Oldze Misiurak, która nas ukryła u siebie. Słyszałem w nocy krzyk ludzi, straszliwy ryk smażących się krów, rżenie palonych koni, ujadanie psów i miauczenie płonących kotów. A o świcie zobaczyłem przerażający widok zgliszcz, ruin i sterczących samotnie kominów.      

— Jest Pan pisarzem, więc to naturalne , że potrafi oddać tamtą atmosferę , epickie szczegóły i emocje . Ale kiedy rozmawia się z ocalonymi z rzezi na Kresach  ,  uderza jak bardzo w pamięć wrył się im każdy detal i ówczesne uczucia. To przekleństwo pamięci, której nie można wymazać.

Tak skondensowanych i tragicznych przeżyć nie można wyprzeć z pamięci. One są w naszej psychice, w myślach, ukryte w podświadomości. Ujawniają się nagle, niezapowiedziane, gwałtowne i przenikają nasze życie na wskroś. Nigdy nie wiemy, czy  pchną nas w jakąś chorobę, depresję, schizofrenię, w zły sen,  czy w śmierć.         

—Ci ludzie, którzy nadal żyją, zostali w dzieciństwie skonfrontowani z doświadczeniem niewyobrażalnym. Makabryczność zbrodni na Kresach nie ma sobie równych . W porównaniu z tym , jak mordowali Ukraińcy, strzał w tył głowy stosowany przez NKWD był metodą humanitarną, Skąd wzięło się to rozpasanie okrucieństwa?

Istotnie,  ludzie błagali,  by mordercy ich rozstrzelali, bo nie chcieli umierać w męczeńskiej śmierci, w ogniu, cięci po kawałku siekierami, rozszarpywani końmi, rżnięci piłami lub przybijani gwoździami do drzew. Znamy dziś setki sposobów mordowania Polaków. Jednym z nich była tzw. rękawiczka.  Morderca nacinał skórę przy łokciu i ściągał ją do palców, posypując przy tym solą. Skąd się to wzięło?  Banderowcy czerpali całymi garściami Inspirację z ideologicznej doktryny Dmytra Doncowa, zawartej w  jego  fundamentalnym dziele „Nacjonalizm”(1926).  Autor zafascynowany przemocą, pisze: …”gdy za mało[…] agresji, nie ma potrzebnej siły”.  A więc mordowanie zaczyna się od  agresji. Ale  to nie koniec. Musi być nagromadzenie kilku potężnych sił, by wypełniła się misja. „[…] idea jest nieprzejednana, bezkompromisowa, brutalna, fanatyczna, amoralna”… Doncow zbudował podstawy dla agresji i nienawiści.  Z niego się wziął trzy lata później, w 1929 r.  „Dekalog ukraińskiego nacjonalisty”, który stał się  dla band OUN a później UPA  instrukcją  do siania terroru i  mordowania.  Oto jak brzmi przykazanie 7:  „Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni”… A przykazanie 8: „Nienawiścią oraz podstępem będziesz przyjmował wrogów Twego Narodu”.  Znajduje się tu wystarczająca zachęta do zadawania  niewyobrażalnych cierpień. Do tego należy dodać rolę cerkwi greckokatolickiej, w której mordercy święcili narzędzia zbrodni, noże, kosy siekiery i widły.     

— Czytanie Pańskich  powieści z cyklu trylogia kresowa i opowiadań ze zbioru „Nienawiść” jest doświadczeniem ekstremalnym. Wchodzi się w świat koszmaru, z którego nie ma ucieczki. Myślę, że Panu też trudno było zachować profesjonalny chłód przy ich pisaniu.

Długo dojrzewałem do stworzenia fresku kresowego, w którym zostałaby zawarta otchłań śmierci. Musiało się we mnie nagromadzić tak wiele goryczy, że już sobie z nią nie radziłem.  Na to nałożył się stan wojenny, który mnie przygniótł. Zgasł ostatni promyk nadziei, że coś się zmieni. Groził mi szpital psychiatryczny, depresja, zawał serca, tak wielkie było ciśnienie. I wtedy rzuciłem się do pisania, uwalniania tej mrocznej energii, która dławiła gardło. Pisanie  wzięło się z rozpaczy. Wokół ludzie cierpieli. Władza zatykała nam usta. Straszna złość i gniew, że wciąż nas biją, upokarzają i dławią, spowodował, że wyrzucony z pracy, skryłem się w samotności i  pisałem. Koszmary kresowych nocy i widma wyłaniające się z wojny targały mną przez długie lata. I nie mam pewności, że na zawsze mnie opuściły.       

— Ciągle nas ktoś poucza, co mamy czuć. Mamy troszczyć się, by nie urazić wrażliwości Ukraińców. Kto troszczy się o naszą ? Tak powiedziała mi kobieta , która przeżyła śmierć rodziny na Wołyniu. Czemu nasze elity przejęły role adwokata Ukraińców?

Potrzebny jest nam mąż stanu, porządny rząd, mądra polityka, by naród się wyprostował. W tej chwili jesteśmy zgarbieni, zagubieni i okaleczeni. Pedagogika wstydu, upokorzeń i zdrad, zrobiła swoje. Nikt się nie troszczy o naszą wrażliwość.  Czas na odrodzenie narodowe, dumę, honor i godność Polaków. Dość bicia czołem przed obcymi. Kajania się i padania na kolana. Dość chorej polityki Giedgroyjca  zakłamującej rzeczywistość. Wieloletnia uległość wobec Ukrainy doprowadziła do odrodzenia w tym kraju sił neofaszystowskich i  budowania pomników mordercom. Pełno ich dzisiaj w dawnych polskich miastach. Na postumentach stoją:  Bandara, Szuchewycz, a nawet Dywizja SS Galizien.  I wielu innych zbrodniarzy. Widzimy wielotysięczne marsze we Lwowie, Tarnopolu, Stanisławowie i słyszymy skandowane hasła: „Smert Lachom!”. Oto skutki złych rządów i gięcia karku. Tego należy się bać. Bo już nas z takimi hasłami mordowali.    

— Cierpienie ofiar rzezi na Kresach zawsze było z punktu widzenia powojennej Polski cierpieniem niewygodnym . W  czasach PRL- u , bo przypominało ,że Polska rozciągała się daleko na Wschód. Teraz też sugeruje się , by nie eksponować tego cierpienia , w imię dobrych stosunków z Ukrainą.  Co Pan o tym sądzi .

To droga donikąd. Musimy mówić prawdę o ludobójstwie, by się nie powtórzyło. Prawda potrzebna jest także  Ukraińcom, ponieważ oni są zakłamywani. Propaganda wbija im w głowy, że Bandera to  bohater. Ukraińska młodzież nie ma pojęcia, do jakich zbrodni on doprowadził, mordując ok. 200 tyś. Polaków i  blisko  80  tysięcy  samych Ukraińców, którzy się jemu sprzeciwiali. Tylko w oparciu o prawdę możemy budować dobre relacje z Ukrainą. 

 ***

Uwaga:

 Nieco później  zwrócił sie do mnie rzetelny dziennikarz, Tomasz Zapert z prośbą o udzielenie wywiadu tygdnikowi „Wsieci”. Spytałem go, czy uzgodnił swoją decyzję z redakcją, ponieważ wiedziałem już, że tam panuje cenzura. Tak, odpowiedział, uzgodniłem, redakcja wyraziła zainteresowanie. Kiedy wywiad przeprowadził i pokazał szefom tygodnika, oni przerazili się wywiadu, czyli zadziałała cenzura i wywiad odrzucili Po latach prezentuję ten sam tekst w autentycznym jak wówczas kształcie. Proszę, powiedzcie mi, co tu jest niecenzuralnego. 

FILM  SMARZOWSKIEGO O ROZPADZIE ŚWIATA       

     (Ze Stanisławem Srokowskim  rozmawia Tomasz Zapert)

 

Film pod roboczym tytułem “Wołyń”, do którego zdjęcie rozpoczęły się pod koniec września, powstaje na kanwie pańskiej prozy zawartej w tomie zatytułowanym “Nienawiść”. Które  z opowiadań stanie się leitmotiwem narracji ekranowej, czy też scenariusz jest ich melanżem?

 

Stanisław Srokowski: Zbiór moich opowiadań „Nienawiść” pokazuje szeroką  panoramę dramatycznych  wydarzeń na Kresach, ale jest też  zapisem życia codziennego mieszkańców Podola, Pokucia i Wołynia, pracy,  myśli, uczuć, obyczajów, kultury i religii. Bohaterami książki są Polacy,  Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, Rosjanie, bogaci i biedni, chłopi i restauratorzy,  kupcy i nauczyciele,  architekci i studenci,   słowem mieszanka etniczna i zawodowa tej pięknej i bogatej duchowo  krainy.  Pokazuję panujące między Polakami a Ukraińcami  relacje, przyjaźnie, konflikty, rodzenie się nieufności,   a w końcu agresji  i zbrodni.  Przedstawiam źródła  narastającej grozy. Pojawiają się obrazy wojny, a  nienawiść przybiera postać eksterminacji, aktów barbarzyństwa i ludobójstwa. To barwny i bogaty materiał dla stworzenia wielkiego i przejmującego fresku historycznego.

Smarzowski poszedł  tymi tropami  i napisał rzetelny i wiarygodny scenariusz, pełen dynamiki, dramaturgicznych zaskoczeń,  gwałtownych zwrotów akcji i  scen lirycznych. Tekst oddaje istotę życia na Kresach, dni wesela i radości, narastania konfliktów i wybuchu rzezi.  Tak więc nie oparł reżyser fabuły tylko na jednym opowiadaniu, lecz wykorzystał wiele wątków zawartych w utworze, wprowadził  też motywy  z naszych   rozmów, np. pochówek Polski, czy  śmierć poety.  Nie będzie to  film  jedynie o  Wołyniu,  akcja obejmie znacznie szersze terytoria kresowej rzeczywistości, Podole i Pokucie, czyli całe południowo-wschodnie Kresy.

 

Jako scenarzysta figuruje  Wojciech Smarzowski. Nie obawiał się Pan oddawać własnego tekstu w cudze ręce?  Jak doszło do waszej współpracy?

 

Początki  sięgają 2012 r. i są z mojej strony dość chłodne.  Najpierw  otrzymałem  list od producenta z informacją,  że bardzo  zainteresował go zbiór opowiadań „Nienawiść”.  Prosił też o egzemplarz. Nie mogłem mu podarować, ponieważ miałem w domu tylko  jeden i to dość zdezelowany.  Poza tym, nie bardzo wierzyłem, że  ktoś rzeczywiście pragnie nakręcić tak ważny i istotny dla kultury polskiej, a może i europejskiej, film. Atmosfera wokół problematyki kresowej w Polsce była fatalna. Oficjalna polityka kulturalna omijała  temat z daleka. I to od lat. Nikt z wielkich twórców nie podejmował  nawet próby sięgnięcia po motywy kresowe. Środowiska artystyczne  wykazywały   pełną ignorancję i  intelektualną  niemoc. Nie wiem, czy bardziej ze strachu, czy też z powodu niewiedzy. W każdym razie przyjąłem wiadomość z niedowierzaniem i odpisałem,  że nie mam dodatkowej książki, więc nie wyślę.   Sądziłem, że sprawa się skończy. Bo wiedziałem, jak ciężka  jest walka o prawdę.  Znałem to z własnej praktyki. Zanim  wyszła moja powieść „Repatranci”, głośna swego czasu książka o wypędzeniu Polaków z Podola , miałem z nią poważne kłopoty. Sowieccy agenci dowiedzieli się, że ma się ukazać i zaczęli wokół niej ryć. Odbywała się właśnie poważna narada najwyższych czynników  partyjnych. Prowadził ją, jak mnie wtajemniczył  wydawca,  członek Biura Politycznego PZPR, Józef Czyrek, wówczas  figura potężna. Na tej naradzie zapadały najważniejsze decyzje, co, gdzie i kiedy pójdzie, a co  zostanie zatrzymane i odłożone na półki.  Wtedy wstał  ambasador sowiecki,  Aristow i zapytał Czyrka, czy to prawda, że ma się ukazać książka niejakiego Srokowskiego pt. „Repatrianci”. Według świadków, Czyrek nic o tej książce nie wiedział. Witold Nawrocki, kierownik Wydziału Kultury KC PZPR ,też nic nie wiedział, a ambasador sowiecki wszystko wiedział. Powstała konsternacja. Bo okazało się, że jest to powieść antyradziecka i  bratni kraj sobie nie życzy, by się pojawiła na rynku księgarskim. No i książka się nie pojawiła. Została zablokowana na kilka lat. Pojawiła się dopiero w czasie odwilży, czyli w końcu 1988 r. Po takich doświadczeniach nie bardzo wierzyłem, że tym razem z filmem się uda. Wprawdzie już nie rządził Czyrek, ani ambasador sowiecki, ale coś z tamtejszej atmosfery pozostało do dziś.  Do scenariusza była jeszcze daleka droga.

 

Co się   dalej działo?

 

 Przez pewien czas panowało  milczenie. W początkach  marca 2012 r.  otrzymałem pytanie, czy mógłbym się spotkać z reżyserem.  Byłem zaskoczony. Ale odpisałem, że spotkam się. Wciąż jednak nie wierzyłem, że podejmie on pracę nad  filmem.  Kilka dni później pisze do mnie  Smarzowski, że przeczytał „Nienawiść”, która zrobiła na nim „potężne wrażenie” i chciałby przyjechać do Wrocławia, by porozmawiać. Sprawa zaczynała być  poważna. Odpisałem, że czekam. No i spotkaliśmy się. Rozmowa trwała kilka godzin. Reżyser  okazał się człowiekiem o dużej kulturze, a przy tym skromny, sympatyczny i uważny.  Próbowałem mu przedstawić  ogrom przedsięwzięcia.  Już dużo wiedział o Kresach, czytał, poznawał, ale nie wszystko było dla niego jasne, dopytywał o wiele spraw, chciał znać szczegóły, obyczaje, zachowania, języki, ubiory, klimaty duchowe; interesowały go  imponderabilia. Przestraszył mnie wiadomością, że pragnął zrobić film na spółkę z reżyserem ukraińskim. Od razu odparłem, że to zły pomysł. Taki film nie mógłby być spójny konceptualnie, ideowo, strukturalnie, artystycznie. To się nie mogło udać. Na szczęście, nie znalazł takiego reżysera. Ale mój niepokój nie zmalał. Wciąż miałem wrażenie, że Smarzowski  nie wie, na co się porywa. Miał dobrą wolę i talent, ale to wielkie przedsięwzięcie wymagało nie tylko dobrej  woli, talentu, ogromnej wyobraźni, samozaparcia, czego Smarzowskiemu nie brakowało, ale i skomplikowanych  działań organizacyjno-finansowych.  Znałem już kilka jego filmów  i wiedziałem, że może on góry przenosić. Ale ta góra była zbyt wielka i ja ją mu pokazywałem w całej okazałości i okrucieństwie, trochę po to, by go przerazić, a trochę po to, by sprawdzić, czy ma charakter. Wiedziałem, że jeśli go przerażę, to  sobie nie poradzi i wykaże się marnym charakterem. Jeśli natomiast nie przerazi się, to znaczy, że jest wielki.  Niby głupia zabawa, ale coś w tej prowokacji było na rzeczy. Zresztą, później zorientowałem się, że sam lubi prowokować.  Sygnalizowałem mu,  że to zbyt duży ciężar i naprawdę musi się nad tym głęboko zastanowić.  Okazał się jednak twardym  zawodnikiem. Wyznał , że chce ten film nakręcić.  I koniec.  Życzyłem mu powodzenia, choć nie wiedziałem jeszcze, czy u podstaw scenariusza będzie moja książka.  I czy w ogóle powstanie scenariusz. Na tym  się rozstaliśmy. Potem były kolejne spotkania, kolejne długie rozmowy, listy, znowu rozmowy i rysowała się już   wyraźna wizja filmu, pomysł się konkretyzował.  Kiedy  scenarzysta  napisał nowelę, wiedziałem już, że główne motywy i cała filozofia dzieła  będą  się brały  z moich opowiadań. Pozostało do obgadania tylko kilka spraw konkretnych. I tym zajęliśmy się, kiedy rodził się scenariusz. Konsultowaliśmy się na każdym etapie jego powstawania. Bardzo dobrze się nam współpracowało i nadal współpracuje. Smarzowski jest człowiekiem otwartym,  cierpliwym, dociekliwym i umie słuchać. Dobre rady przyjmuje, nad innymi się zastanawia. Rozumiemy się  w mig.    

 

“Nienawiść” to literatura momentami bardzo drastyczna. Znając twórczość reżysera,  obawiam się, czy film nie będzie zanadto krwawy…

 

Film odda klimat tamtego czasu, wiernie przekaże życie i dramat Kresów. Na to wskazuje scenariusz. To prawda, że  moja książka ujawnia  całe okrucieństwo i zbrodnię ukraińskich nacjonalistów, ale przedstawia też  współpracę między odmiennymi  kulturami, świat miłości i dobra. W sam raz materiał dla  Smarzowskiego, reżysera z okiem mistrza i pazurem drapieżcy. Wydaje mi się, że tylko on jeden z polskich artystów kina jest w stanie połączyć tak skrajne żywioły i pokazać całą urodę życia, smak miłości  i porażającą  prawdę o ludzkim istnieniu. Bo to będzie przede wszystkim  film o naturze człowieka, wydobywaniu się  zła, poszukiwaniu dobra,  prawdy i sensu życia.  Zacznie się od brawurowej  sceny wiejskiego wesela, przejdzie przez wojnę, ból i cierpienie,  a skończy  na odradzaniu ludzkiej nadziei i wiary.  Będzie to też  film o rozpadzie świata, rozkładzie wartości i granicach ludzkiego poznania, a także  o poszukiwaniu wolności i upadku łacińskiej cywilizacji.

 

Gros naszych środowisk politycznych – z główną partią opozycyjną na czele – uważa, że w obliczu budowania dobrosąsiedzkim relacji Warszawy i Kijowa, a zwłaszcza de facto wojny ukraińsko-rosyjskiej, nie należy przypominać rzezi wołyńskiej. Co Pan na to?

 

 Artysta ma obowiązek tworzenia i głoszenia prawdy. Bez względu na okoliczności i  polityczne uwarunkowania. Rzetelnie i odpowiedzialnie myślący twórca  nigdy z tej drogi nie zejdzie. Posłużę się maksymą  Arystotelesa: „Drogi mi Platon, drogi Sokrates, ale jeszcze droższa mi prawda”. Już raz mieliśmy taką epokę, kiedy twórcom się nakazywało, co,  jak i kiedy mają tworzyć. I ta epoka skompromitowała się doszczętnie, pozostawiając  za sobą drogę usłaną trupami sztuki.  Nie wracajmy do niej pod jakimkolwiek pozorem. A co do budowania dobrosąsiedzkich stosunków Warszawa- Kijów, nie mam nic przeciwko temu. I sądzę, że reżyser też nie ma nic przeciwko temu. Wprost przeciwnie, uważamy, że  ten film zbliży nasze narody i pokaże głębszą prawdę o nich, o ważnym  etapie wspólnej historii i rozwoju. Stworzy  trudną, ale  jakże ważną i konieczną artystyczną diagnozę. Bez jej zrozumienia  nie da się budować dobrosąsiedzkich stosunków, a tym bardziej tak bardzo potrzebnej przyjaźni między narodami.  Film Smarzowskiego odsłoni źródła   ukraińskiej tożsamości i pozwoli bratniemu narodowi na głębsze wejrzenie w rdzeń  własnej  identyfikacji. Zapewne  też wzbudzi szeroką dyskusję w kraju i za granicą o istocie i sensie tradycji, znaczeniu pamięci  i wadze  prawdy w budowaniu świata wartości.

 

Zagraniczni dystrybutorzy jeszcze przed pierwszym klapsem zainteresowali się “Wołyniem”. Ciekawe, czy obraz trafi też do kin na Ukrainie?

 

Wiedza o jednej z najstraszniejszych kart w dziejach Europy nie jest tej  Europie znana. Tłumiona i przemilczana przez dziesięciolecia zbrodnia na Polakach, ale też na Żydach, Ormianach, Cyganach, Czechach, Rosjanach i na samych Ukraińcach, którzy nie godzili się na mordy,  poprzez film  dotrze do  świadomości  zbiorowej Europejczyków.  Myślę, że Ukraina potrzebuje takiego filmu jak kania dżdżu. Wstępując na drogę odrodzenia, musi się uporać z fundamentami własnej tożsamości, pomnikami największych  zbrodniarzy w dziejach świata, Bandery, Szuchewycza, czy Kłaczkiwskiego. To najlepszy moment, by światła  inteligencja ukraińska przeanalizowała bazę filozoficzną, na której buduje jakby od nowa swoje państwo. Film  Smarzowskiego może być bardzo pomocny i pożyteczny w tej analizie. Może pomóc zrozumieć młodemu pokoleniu sens historii, która pragnie się oczyścić z  tragicznych błędów. Jeśli  Europa nie wyciągnie wniosków z najokrutniejszego ludobójstwa, jakiego doznał człowiek,  zbrodnia może się powtórzyć. Dlatego film Smarzowskiego, jako rodzaj katharsis, powinien przejść przez kina całego świata.    

 

            Bywa, że autor pierwowzoru literackiego ma wpływ na obsadę aktorską…

 

 Chroń mnie, Panie Boże. Szanuję suwerenną decyzję reżysera, nie ingerowałem i nie mam zamiaru ingerować.  Wybór aktorów to autonomiczna decyzja twórcy obrazu. To wizja ich dzieła. 

 

Wybiera się Pan na plan filmowy?

 

Jeśli mnie reżyser zaprosi, chętnie obejrzę filmowy plan. Nigdy na żywo tego nie widziałem.

 

Premiera jest planowa na schyłek przyszłego roku. Chyba powinna odbyć się we Wrocławiu, bo na Dolny Śląsk przesiedlono większość wołyniaków…

 

Premiera planowana jest na wiosnę 2016 r, a może nawet nieco później.  Też chciałbym, by się odbyła we Wrocławiu… Mam nadzieję, że  się doczekam.  Wrocław i cały Dolny Śląsk to istne zagłębie kresowe, ponad milion mieszkańców, którzy się identyfikują z  lwowską, tarnopolską, wołyńską i  stanisławowską ziemią. Byłoby to dla nas  wielkie święto.  No i dla całej 6-milionowej kresowej populacji w kraju.

 

Uwaga autora

            Już wspominałem, że redakcja tygodnika „WSieci” wystraszyła się tego wywiadu i stchórzyła. Wywiad się nie ukazał, mimo, że kilkakrotnie dowiadywałem się u dziennikarza, który go przeprowadził, kiedy to nastąpi. Nie nastąpiło, wobec czego kazałem całą rozmowę wycofać. Strach nie jest najgodniejszą formą zachowania mediów.

 


**********************************************************************************
12.03.15 

PO TYM FILMIE BĘDZIE TO JUŻ INNA POLSKA 

 

Z pisarzem Stanisławem Srokowskim o filmie Wołyń (tytuł roboczy) w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego rozmawia Jarosław Litwin.

Na podstawie zbioru Pana opowiadań pt. Nienawiść reżyser Wojciech Smarzowski realizuje film o roboczym tytule Wołyń. Jak to się stało, że związał się Pan z filmem? Czy miał Pan już wcześniej plany, aby wstrząsająca historia Kresowian została przeniesiona na duży ekran?

Marzyłem od dawna, by powstał film o Kresach. Po napisaniu powieści Repatrianci w latach osiemdziesiątych, zgłosiło się do mnie dwóch znanych reżyserów.  Zorientowałem się jednak, że nie mają dostatecznego przygotowania i wiedzy, by taki film nakręcić. Trzeba było potencjału intelektualnego mogącego ogarnąć i przedstawić całe spektrum zjawisk społecznych, historycznych, politycznych, moralnych, psychologicznych, religijnych i wszystko to scalić. A oni nie dawali gwarancji. Musiałem poczekać na nowe pokolenie. No i pojawiło się to nowe pokolenie. Na horyzoncie znalazł się wybitny artysta. 

 Wojciech Smarzowski?…

Tak, Wojciech Smarzowski. Niektóre jego filmy już znałem wcześniej, m.in. bardzo dobrą RóżęDom zły i Wesele. Uznałem, że z reżyserem, który porywa się na ukazywanie wielkich ludzkich dramatów i potrafi sobie z tym poradzić, a ponadto bezwzględnie tropi prawdę, warto porozmawiać.

 Jak wyglądało pierwsze spotkanie  i późniejsze rozmowy?

Ze Smarzowskim umówiłem się we Wrocławiu. Rozmowa trwała kilka godzin. Chciałem przede wszystkim przekonać się, czy jest on gotów do tego, aby udźwignąć tak potężne przedsięwzięcie. Prawdę mówiąc, początkowo próbowałem go zniechęcić i sprawdzić, czy ma silny charakter, by taki film stworzyć. Porozmawialiśmy, jak on to widzi, a jak ja widzę. Przedstawiłem szeroką problematykę ludobójstwa. I pożegnaliśmy się bez żadnych obietnic. Miesiąc po tej rozmowie otrzymałem od niego list, w którym zaproponował drugie spotkanie.

Sprawa zaczynała być poważna. Gdy przyjechał, oświadczył, że jest gotów podjąć się realizacji. Główne motywy czerpałby z mojej książki. Zorientowałem się, że ma potrzebny charakter i wyobraźnię. No i talent! Mogłem mu zaufać. Zgodziłem się, by Nienawiść zekranizował.

Jak powstawał scenariusz?

Następnym etapem była nowela filmowa. Prócz obrazów z moich książek, zawierała ona wiele mych sugestii i podpowiedzi, które pojawiły się w czasie naszych spotkań.

Przeczytałem tę nowelę bardzo dokładnie i uznałem, że jest to rzeczowa i wiarygodna wizja tego, co chciałbym przekazać poprzez film. Ale to był jeszcze tylko ogólny obraz, bez dialogów, bez struktury. Odpisałem Panu Wojciechowi, że to uczciwa oferta i że możemy pracować dalej. Ponownie spotkaliśmy się w tym samym miejscu. Odbyliśmy trzecią, bardzo długą rozmowę. Reżyser przysyłał mi kolejne wersje nowel, ja zaś analizowałem każdą myśl i każde zdanie oraz pisałem mu wprost o tym, co mi się nie podoba. Pan Wojciech zachowywał się bardzo uczciwie, brał pod uwagę moje sugestie i pracował nad nimi. Było zupełnie tak, jakby dwie części tej samej osobowości pracowały nad tym samym problemem. Po stworzeniu czwartej wersji noweli doszliśmy do scenariusza. Pan Wojciech chciał sam go napisać. Pierwsza wersja powstała w połowie 2012 r.., natomiast decyzję o szukaniu aktorów reżyser podjął w roku 2014.

Czy ten film nie powinien powstać dużo wcześniej?

Oczywiście, że powinien. Mamy po prostu katastrofalną politykę, katastrofalne rządy, pomylonych ideologów, spaprane państwo. W tej chwili jestem bodajże ostatnim polskim pisarzem, który osobiście poznał, co znaczy ludobójstwo. Niech pan mi wskaże doktorantów zajmujących się tą najbardziej dramatyczną historią Polski. Prawie nie ma takich. Prawdopodobnie i tak nie obroniliby swych prac z uwagi na towarzystwo, które okupuje wydziały historii i politologii na polskich uczelniach.

Nie obawia się Pan nacisków na reżysera ze strony środowisk zainteresowanych zakłamywaniem prawdy historycznej?

To była kwestia, którą uzgodniliśmy na samym początku. Pan Wojciech wyraźnie mi oznajmił, że nie ulegnie żądnym naciskom, choć jak Pan wie, już teraz – na długo przed premierą – uwidacznia się ogromna agresja ze strony zarówno ukraińskich, jak i polskich pomyleńców. Swoją drogą, uważam, że prawdziwa kampania nienawiści dopiero się zacznie. To, co widzimy teraz, jest zaledwie jej początkiem, swoistym sondowaniem, jak reżyser się zachowa. Najpierw próbowali tego jacyś ukraińscy grafomani, potem dziennikarze. Ich problem z Panem Wojciechem polega jednak na tym, że jest to zbyt wielki reżyser, aby się przed nimi ugiął.

Dla kogo powstanie filmu okaże się problemem?

Będzie to poważny problem dla tych wszystkich środowisk, które kłamią. Dla zawodowych oszczerców i oszustów historycznych. Tych, którzy piszą fałszywe książki i relatywizują prawdę. Niedawno widziałem wystąpienie znanego polityka, byłego działacza Solidarności. Mówił on w telewizji: Polsko daj broń, daj czołgi, daj żołnierzy – tej Ukrainie. Daj. Cynik wciąga Polskę do wojny. Ten film zada kłam takim właśnie cynikom, których mamy w Polsce aż nadto. Po tym filmie będzie już inna Polska.

Dlaczego media i politycy zdają się sprzyjać mordercom, a nie ofiarom i ich rodzinom?

Myślę, że jest to problem osadzenia człowieka w kulturze. Święty Augustyn wypowiedział taką piękną myśl, że jeżeli Bóg jest na swoim miejscu to wszystko jest na swoim miejscu. Dziś w naszym społeczeństwie niewiele rzeczy jest na swoim miejscu.

Czy któreś z Pana opowiadań stanowi punkt wyjścia dla całości fabuły?

Smarzowski zrobił to bardzo inteligentnie. Z wielu moich opowiadań, powieści i relacji ustnych zaczerpnął różne motywy, których kompilacja stanowi oś zdarzeń fabularnych. Nie istnieje jedno takie opowiadanie, na którym wspierałby się cały scenariusz.

W jakim związku pozostaje fabuła filmu z realiami historycznymi?

Film, opierając się na mojej twórczości literackiej, wykorzystuje to, co leży u jej źródeł, czyli faktografię. Każde z moich opowiadań odwołuje się do autentycznych zdarzeń. Film oczywiście będzie miał charakter fabularny, ale będzie bardzo mocno usadowiony w realiach historycznych.

Jak ukazać przerażające zbrodnie Ukraińców tak, aby – z jednej strony – nie przesłoniły artystycznej warstwy filmu, a z drugiej – aby zachowana została prawda o tym, czego się dopuścili?

To jest kwestia wyczucia reżysera, pewnej subtelności, gry wyobraźni. To ma być obraz o wielkim przesłaniu duchowym, nie tylko o zbrodni i ludobójstwie. Film ukazujący rozpad świata, w którego wyniku nie tylko ginie polska kultura i historia, ale zagładzie ulega cała cywilizacja łacińska. I na to też uczulałem Pana Wojciecha. Przedstawienie tego jest o wiele ważniejsze niż sam obraz rzezi, choć sceny ukraińskiego okrucieństwa też oczywiście zostaną pokazane. Film zobrazuje chylący się ku upadkowi świat, w którym nastąpiła śmierć Boga. Ludzkie bestialstwo jest, rzecz jasna, głównym narzędziem unicestwiania Sacrum.

Czy – Pana zdaniem – ten film jest w stanie zmienić cokolwiek w polskiej świadomości?

Gdy się ukaże i będzie taki jak go sobie wymarzyłem, to przeorze świadomość europejską. Nie tylko polską – ale europejską. Powinien on przejść przez kontynent i przebudować ten wyniszczający się i upadający świat. To będzie wielki wstrząs, który poruszy umysły i serca. Nie mam co do tego wątpliwości. Odkłamie też historię, bo historia Kresów nie tylko w Polsce jest całkowicie zakłamana. Albo nieznana. Pamiętam jak dwadzieścia kilka lat temu miałem spotkanie z pisarzami niemieckimi na konferencji, której tematem były „wypędzenia”. Niemcy wystąpili z referatami, jak to boleją, cierpią i tak dalej, bo zostali „wypędzeni”. Ja wtedy zapytałem, czy oni coś wiedzą o wypędzeniach Polaków. Jakich wypędzeniach? To my byliśmy wypędzeni! To wyście przyszli na nasze ziemie, to wy jesteście najeźdźcami! – A czy słyszeliście o Kresach? – A co to są Kresy? – A o mordowaniu Polaków? – Jakim mordowaniu Polaków? Ci pisarze, ta inteligencja, nie mieli kompletnie żadnej wiedzy o tak przecież niedawnych wydarzeniach.

Czy zachodni Ukraińcy są zdolni do rozliczenia się ze swoją niechlubną przeszłością?

W tej chwili wszystko idzie w bardzo złym kierunku. Minęło siedemdziesiąt lat, a trwa grzebanie pamięci. Ukraińcy niszczą swoją przyszłość. Nie mają świadomości, że kiedyś ich wnuki będą się za nich bardzo wstydzić. Teraz im się wmawia, że Bandera, Szuchewycz to wielcy bohaterowie. Te pomniki, kawiarnie, gdzie trzeba wchodzić krzycząc sława Ukrainie – to jest chore. Ostatnio widziałem w Internecie zatrważające nagranie. W Kijowie zebrali się Ukraińcy. Mieli tort z postacią maleńkiego dziecka na jego wierzchu. Przyszedł bandzior z nożem i kroił to dziecko, pokazując reszcie, jak należy postępować. Było też danie o nazwie Rzeź Wołyńska. To nie mieści się w żadnej kulturze. A oni cieszą się, skaczą, filmują, radują się. A co robi Polska? Nasz kraj nie ma dumy, nie ma poczucia godności. Setki tysięcy Polaków zostało wyrżniętych, a przedstawiciele Polski gną się w ukłonach przed barbarzyńcami.

Od 17 września 1939 r. na terenie Wołynia i w północno-wschodniej Polsce grasowały bandy żydowskich komunistów, mordujące przypadkowych polskich cywilów i żołnierzy. Żydzi pod względem okrucieństwa i zezwierzęcenia dorównywali zachodnim Ukraińcom. Wspólnie z nimi wydawali Polaków w ręce NKWD i pomagali w wywózkach Polaków na Syberię i do Kazachstanu. Czy te, mało znane w społeczeństwie polskim fakty, zostaną ukazane?

Tak, Ukraińcy i Żydzi witali w 1939 roku wkraczające oddziały Armii Czerwonej kwiatami, tworzyli bramy powitalne. Rzucali się tym „bohaterom” na szyje. A w późniejszym okresie tworzyli listy proskrypcyjne i wysyłali Polaków na śmierć. Często też jednak mordowali ich od razu. Wątek ten będzie pokazany w mniejszym stopniu. Istotę problemu stanowić będzie ideologia nazistowska Bandery. Zbrodnia ukraińskiego ludobójstwa – wbrew powszechnemu mniemaniu – nie zaczęła się na Wołyniu w 1943 r. Zainicjowana została wcześniej – w województwie tarnopolskim 17 września 1939 r., gdy Ukraińcy napadli jednocześnie na trzy powiaty: Podhajce, Brzeżany i Buczacz. Wymordowali tam kilkanaście wiosek i to były pierwsze zbiorowe mordy.

Co powinno być kolejnym krokiem po filmie?

Myślę, że kiedy film przeorze świadomość i zbuduje architekturę prawdy, to zaczną się otwierać inne drzwi. Zawsze tak jest, że musi pojawić się jakieś wielkie zjawisko. Czasami jest to zjawisko polityczne, społeczne, niekiedy jakiś wielki zryw mas. Czasami jednak może to być wielkie zjawisko artystyczne, które zdolne jest przebudować świat. Być może wkroczyliśmy w taki właśnie etap, by coś bardzo ważnego narastało koło tego filmu. Widać to po jego wrogach, których liczba się stale powiększa. Ale zdecydowanie szybciej wzrasta liczba tych, którzy mają odwagę głosić prawdę.

Bardzo dziękuję Panu za rozmowę.

Publikacja: „Najwyższy czas”.

 

04.03.15 

 

 

                LUDOBÓJSTWO

Z Stanisławem Srokowskim – poetą i pisarzem, autorem blisko 50 książek, w tym kilkunastu o tematyce związanej z Kresami i Rzezią Wołyńską, byłym działaczem NSZZ „Solidarność”, NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych oraz „Solidarności Walczącej”, rozmawia Michał Soska

W lutym minęła bez większego echa 72. rocznica decyzji o eksterminacji Polaków na Wołyniu przez siły OUN-UPA, czyli rozpoczęcia Rzezi Wołyńskiej. W tym samym czasie prezydent RP Bronisław Komorowski, przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Ryszard Czarnecki uczestniczą w Kijowie w tzw. Marszu Godności – nad którym powiewały także czarno-czerwone flagi UPA. Jak ocenia Pan udział polskich polityków w takim widowisku?

Zacznijmy od zdefiniowania pojęć. Utarło się mówić o Rzezi Wołyńskiej albo o Mordach na Wołyniu, ale jest to fałszywa terminologia, w gruncie rzeczy narzucona przez historiografię ukraińską, mającą na celu zmniejszenie terytorium zbrodni i pomniejszenie strat ludności polskiej. Prawda jest taka, że akty ludobójcze na masową skalę nie zaczęły się na Wołyniu i nie w 1943 r., tylko na Podolu, a dokładniej mówiąc, w woj. tarnopolskim, w trzech powiatach, podhajeckim, buczackim i brzeżańskim już we wrześniu 1939 r. Pierwszą wsią w pełni obrabowaną i spaloną była wieś w pow. Podhajce, Sławentyn, w której 17 września, wraz z atakiem wojsk sowieckich na Kresy, zostało wymordowanych ok. 80 polskich mieszkańców. I tam też spotykamy główne sposoby, techniki i narzędzia zabijania, odcinanie głów, rąk i nóg, kobietom piersi, palenie żywcem itp. Ukraińcy z OUN mordowali przy pomocy noży, wideł i siekier. Następną wsi