( „Warszawska Gazeta”, 29.06.12)
Żyjemy w świecie, w którym normy moralne podporządkowane są interesom najpotężniejszych wpływowych grup biznesu, mediów i polityki. Normalni ludzie już tego nie wytrzymują. Jeden z czytelników moich felietonów, podpisujący się „Miron” , tak oto do mnie pisze: „Szanowny Panie, jestem osobą mającą na koncie jedynie uczelnię techniczną. Ostatnie parę lat z dużą uwagą czytuję w prasie, wyszukuję w Internecie „wszystko”, co dotyczy prawdziwej historii i prawdziwego obrazu Polaków. Serce się kraje, kiedy uświadamiam sobie jak bogata i wspaniała jest historia Polski i Polaków, a ja poznaję ją jakby „w konspiracji”, jakby „w drugim obiegu”. Na youtube dowiedziałem się w telewizji p. Sendeckiego o „Warszawskiej Gazecie”. Obecnie poznaję tę gazetę. Stąd trafiłem przez felieton z cyklu „Jadłospis” na temat Kresów. W pracy, na podwórku, nie dowiemy się o NAS wiele. Elity, wymienione w latach 40-tych, na lumpenelity utrwalone okrągłym stołem zrobią wszystko, żeby nas zniszczyć. Chcę tylko zaznaczyć, jak istotne jest, kiedy dowiaduję się o istnieniu tak ważnych ludzi jak Pan, robiących tak wiele dla Polaków i Polski rzeczy. Szkoda, że oparciem dla mnie, czującego się we własnym kraju jak mniejszość narodowa, jest postawa Polonusów za oceanem, bo przecież powinno być inaczej. To my, w kraju, powinniśmy być na tyle silni, by być oparciem dla emigracji.” Tyle czytelnik. Listów takich otrzymuję więcej. Ostatnie akapity nawiązują, jak sądzę, do mojej podróży po Kanadzie i relacji z tych podróży, w których podkreślałem w różnych mediach, jak bardzo zasadniczą sprawą dla Polonii kanadyjskiej, ale też amerykańskiej, jest polski patriotyzm, umiłowanie Ojczyzny, kierowanie ku niej najgłębszych i najserdeczniejszych myśli i uczuć. A co za tym idzie, także czynów. Również Polacy z Litwy, Ukrainy i Białorusi mogliby nas uczyć wielkiej odpowiedzialności za losy Polski, za polskość, jako wielką wspólną wartość, która nas budowała przez wieki i umacnia nas teraz. Przynajmniej tych, którzy wiedzą i czują, co znaczy mieć swoją ziemię, dom, rodzinę, obyczaje, kulturę, język i wspólnotę historyczną. Gdy się to wszystko utraci, gorycz i smutek przygniatają i ranią. Można być najbogatszym, mieć wokół siebie luksus, ale wspomnień, tęsknoty i pamięci zabić się nie da. Słyszałem to setki razy w London, Toronto i Montrealu. Trzeba poznać orientacyjne znaki polskości. Jej idee, drogi rozwoju, ścieżki, krajobrazy, religie. Jej wielkość, dumę i piękno. Trzeba mocno wejrzeć w polską duszę, której nie da się okłamać, oszukać, a tym bardziej zbałamucić. Bo polska dusza jest na wskroś niepodległa, nie poddaje się obcym wpływom, ani maskaradzie, choć wokół niej tyle fałszywych blasków i złudnych fajerwerków. By jednak poznać i zrozumieć polską duszę, trzeba wejść w głąb wieków, w jej ciemne i mroczne zakamarki, ale i w dni chwały, w splątane dzieje i udrękę marzeń. Nie można poznać polskiej duszy bez Kresów. Bez Kresów nie jesteśmy w stanie zrozumieć też procesów, jakie zachodzą obecnie w naszym kraju. Nie pojmiemy dyskusji, sporów, konfliktów społecznych i politycznych. Nie zrozumiemy relacji, powiązań i napięć, jakie istnieją w Europie, a w szczególności między Polakami i Rosjanami (Katyń), Polakami i Ukraińcami (zbrodnia ludobójstwa), Polakami i Niemcami (dramat wypędzeń) itp. Nie zrozumiemy siebie samych i naszych wewnętrznych powikłań. Bez Kresów nie będziemy w stanie określić naszego charakteru narodowego, jego źródeł i komplikacji, tego, jacy jesteśmy, skąd się duchowo i intelektualnie wywodzimy, w jaki sposób i dokąd idziemy. Musimy więc rozpoznawać znaki kresowe – języki, symbole, emblematy, metafory, mity, legendy, tradycje. Bo stamtąd się wywodzi rdzeń naszej kultury. A kultura to droga naszego rozwoju, pojęcia, jakie nam towarzyszyły i towarzyszą w tej drodze, choćby takie jak duma narodowa, honor, godność, pragnienie wolności, prawda, sprawiedliwość, piękno, dobro, ideały i cnoty obywatelskie. Musimy poznawać artystów, twórców, kapłanów, bo bez nich naród gnuśnieje i traci swoją tożsamość, powagę i wielkość.